Naszym zdaniem


Kto zaglądał do zakładki [Dokumenty] ten wie i być może czytał, przytoczone tam artykuły z Gazety Ubezpieczeniowej. Obie publikacje mimo, że zostały sprowokowane naszą korespondencją, wydają się warte dodatkowego komentarza. Poniżej przytaczamy w pełnym brzemieniu naszą „polemikę” wysłaną do redakcji.

 

W odpowiedzi na artykuły z Gazety Ubezpieczeniowej nr 29/2015 „By współpraca korzystną była…” i „Bo o świadczenie chodzi…” z Gazety Ubezpieczeniowej nr 30/2015 przesyłam niniejszy komentarz i wyjaśnienie, z prośbą o publikację.

 

Z obu artykułów wyłania się taki oto obraz:

Rzeczywistość jest szara. Zasady współpracy na rynku ubezpieczeniowym tym bardziej. Do redakcji Gazety Ubezpieczeniowej zgłosił się, nie do końca rozumiejący to menedżer, tym bardziej dziwny i rozgoryczony, bo o świadczenie chodzi… mityczne świadczenie wyrównawcze.

A przecież każda umowa ma swój koniec. Nie można się temu dziwić, po co protestować? Nawet  jeśli czujesz się źle potraktowany, skul ogon pod siebie i pogódź się z rzeczywistością. Nie licz na to, że ktokolwiek potraktuje cię jak partnera. Jeśli jesteś uparty idź do sądu, tam walcz. Powodzenia! Jeśli chcesz powalczyć o „świadczenie wyrównawcze”, to tym bardziej jesteś z kosmosu, bo samo roszczenie jest z kosmosu!

Hola! hola! Czy czasem na takim rozumowaniu nie jest zbudowany porządek korporacyjny? Czy to aby nie dzięki takiemu sposobowi myślenia, firmy ubezpieczeniowe pozwalają sobie od lat „walić w rogi” agentów?

 

Po kolej więc, kilka słów wyjaśnienia rzeczonego menedżera:

O tym, że sama umowa agencyjna to twór wysoce niepartnerski, wiedzieliśmy od zawsze. Zgodziliśmy się na nią, tak jak godzimy się na podobnie „przetrącone” umowy w wypadku banków, których musimy być klientami, bo jak funkcjonować bez konta i karty? Godziliśmy się na to, bo trudno oczekiwać, aby „silniejszy” sam z siebie dostrzegł, że po drugiej stronie jest partner a nie potencjalny wróg.

Mieliśmy więc w umowie takie zapisy jak ten, że firma zastrzega sobie prawo do wprowadzenia w formie aneksu dowolnych zmian, a nieprzyjęcie nowych warunków oznacza automatyczne rozwiązanie umowy. Godziliśmy się też na możliwość cofnięcia pełnomocnictwa przez towarzystwo w dowolnym momencie. Generalnie godziliśmy się na taki kształt umowy, gdzie towarzystwo miało przywileje, a pośrednik obowiązki.

Nikt nie rozczulał się nad sobą, bo przez kilkanaście lat trwał stan gdzie towarzystwo, nie wykorzystywało zapisów umowy, tak aby doprowadzać do całkowitej utraty zaufania i nie stawiało nigdy agentów w obliczu trudnych decyzji o rezygnacji ze współpracy.

Inaczej mówiąc, na poziomie praktyki dbano o zachowanie pozorów równowagi, mimo że sama umowa zawsze daleka była, delikatnie mówiąc, od ideału.

Wszyscy pogodziliśmy się również z faktem, że w firmie przyszedł czas na zmiany. Nikt nie rwał sobie włosów z głowy. Zapewniam. Tym bardziej, że deklarowano brak jakichkolwiek zagrożeń z tym związanych.

Złość wzbudziło dopiero to, że chwilę później wykorzystano zapisy umowy, w taki sposób, że w naszym odczuciu przekroczona została „cienka czerwona linia” dobrych obyczajów. A wszystko to ze świadczeniem wyrównawczym w tle. W artykułach o tym napisano nie dość precyzyjnie, więc może czas na dokładne wyjaśnienie jak wyglądała procedura „pacyfikacji menedżerów”.

 

Jeszcze raz wykorzystano wspomniany wyżej mechanizm z umowy: podpisujesz – jesteś z nami, a tym którzy nie podpisują, mówimy „wypad”. Tym razem jednak chodziło o przejście z kontraktu na etat. Do podpisania więc, było między innymi zrzeczenie się wszelkich roszczeń wobec firmy i rozwiązanie umowy za porozumieniem stron. W nagrodę – etat z klauzulą dwutygodniowego wypowiedzenia, bez pełnej wiedzy o zasadach wynagrodzenia w 2015 roku. W obu artykułach mowa jest o trudnym ale biznesowym podejściu do swoich decyzji o ewentualnym odejściu. To jasne, ale w 15 minut, w atmosferze dezinformacji i szantażu? Reakcja? Płacz? Nie – sprzeciw!

Jeszcze bardziej „twórczo” potraktowano menedżerów, którzy nie zechcieli przyjąć etatu. Wypowiedzenia, a jakże, zachowywały ustawowy okres, ale były powiązane z natychmiastowym cofnięciem pełnomocnictwa. No cóż taki był zapis w umowie, więc o co chodzi?

O argumentację, że skoro pośrednik nie wykonuje żadnej usługi, to nie należy mu się za okres wypowiedzenia żadne wynagrodzenie. Oczywiście z drugiej strony, w ramach okresu wypowiedzenia, obowiązywał nieodpłatny zakaz konkurencji, też zapisany w umowie.

Rychło okazało się, że nie chodzi tylko o oszczędności, związane z zaniżonymi bieżącymi wypłatami, a o zabezpieczanie się przed ewentualnymi roszczeniami. Towarzystwo w wypadku niektórych menedżerów, pod pozorem chęci godziwego rozstania się, proponowało wypłatę normalnego wynagrodzenia za cenę… oczywiście zrzeczenia się wszelkich roszczeń. W zależności od sytuacji dorzucano w „ramach handlu”, skrócenie zakazu konkurencji. „Negocjatorzy” ze strony firmy, nawet specjalnie nie ukrywali, że szczególnie chodzi właśnie o owo mityczne świadczenie wyrównawcze. Trochę kłóci się to z poglądem o iluzoryczności tegoż świadczenia wyrażanym w obu artykułach. W sumie wypadło trochę komicznie…. było targowanie się o kwoty i szczegóły, klauzule poufności i… klapa! Do dziś nie wiemy czy była to nieudolność i brak znajomości prawa, czy celowe wprowadzanie w błąd, skoro do czasu rozwiązania umowy strony nie mogą umówić się w sprawie świadczenia wyrównawczego w sposób odbiegający na niekorzyść agenta od postanowień kodeksu cywilnego (KC 764.5)

 

Nie chodzi więc o żal i płacz, z powodu umowy agencyjnej i jej rozwiązania. Chodzi o złość z powodu stylu w jakim to się odbyło. To taka filozofia: nie walczymy z wiatrakami, ale kiedy zaczynają „potwornie skrzypieć” będziemy głośno narzekać! Nie godzimy się więc na sposób w jaki potraktowano, tych którzy z różnych powodów przyjęli etat i w wielu wypadkach już dziś nie pracują w firmie. Nie godzimy się na szantaż! Nawet w tej, nie do końca udanej wersji. I tylko tyle. Wystąpienie o wypłatę świadczenia wyrównawczego, jest także tego konsekwencją.

 

Oczywiście wiemy, że świadczenie nie jest obligatoryjne, tak samo jak wiemy w jakim stopniu towarzystwo korzysta z efektów naszej pracy. W naszej grupie znajdują się osoby, które budowały tę firmę od podstaw wtedy jeszcze, kiedy obecny zarząd nie wiedział być może o jej istnieniu. Jeśli więc istnieją „względy słuszności” to mamy nadzieję, że w „modelowy sposób” i nas one dotyczą. Piszemy o tym na naszym blogu.

 

Szczególnie w pierwszym artykule „By współpraca korzystna była…”, znajdujemy dużo zrozumienia dla naszej argumentacji i naszych obaw. Czemu więc czytamy, że „nazwa towarzystwa nie jest istotna”? Opisujemy konkretną sytuację w konkretnym towarzystwie! A jego imię to Generali. Może i wszędzie są podobne rozwiązania w umowach, ale to Generali postanowiło wykorzystać w praktyce paragrafy z umowy przeciwko pośrednikom. To w Generali otworzono „punkt skupu”, w którym płacono za wyzbycie się prawa do roszczeń. To w Generali zorganizowano grupowe podpisywanie nowych umów, w stachanowskim stylu. Mówienie o tym głośno i „po imieniu” to jedno z narzędzi, którym dysponujemy. Odwagi! Mamy przecież, aktualne nawet, przykłady, że „to się może udać”. Bo oto, gdy od lat, mimo wielu wątpliwości, dotyczących zwłaszcza wysokości opłat likwidacyjnych, trwa w najlepsze sprzedaż  tak zwanych „polisolokat”, w marcu tego roku usłyszeliśmy wyrok sądu, w którym stwierdzono, że są to umowy „wyjątkowo oszukańcze”. Więc jednak można! W tym wypadku pewnie, również dzięki takim inicjatywom jak Stowarzyszenie „Przywiązani do Polisy”, które głośno nazywało problem „po imieniu”.

 

Biorąc pod uwagę opisane powyżej „zabezpieczające” działania Generali oraz świadomość „niedoskonałości” umów agencyjnych, dziwić trochę może wyrażone w obu artykułach, bagatelizujące podejście do tematu świadczenia wyrównawczego. Trudno jest zmienić praktykę konstruowania umów agencyjnych, tak aby zrównoważyć prawa i obowiązki obu stron. Łatwiejsze wydaje się być konsekwentne „lobbowanie” i edukacja dotycząca świadczenia wyrównawczego. Na początek przyniosłoby to może przychylniejsze dla agentów orzecznictwo, później precedensy samodzielnego dochodzenia do porozumienia, wreszcie może, wspomniane w artykule, zapisy w umowach agencyjnych. W konsekwencji stanowiłoby to coraz większe równoważenie pozycji obu stron umowy. Choćby tylko dzięki przenoszeniu biznesowych kosztów rozwiązania umowy z agenta na towarzystwo, które po rozstaniu z pośrednikiem nadal czerpie zyski z efektów jego pracy.

Może więc warto, zamiast tylko wyroku z 2005 roku, przytoczyć też późniejsze, jak chociażby:

wyrok [IV CSK 650/10] z 29.09.2011 – z którego wynika brak konieczności udowadniania przez agenta konkretnej kwoty korzyści osiąganej przez zleceniodawcę i możliwość skorzystania z art.322 KPC.

lub

wyrok [I CSK 211/11] z dnia 27.01.2012 z którego uzasadnienia wynika, że w wypadku kwestionowania przez pozwanego „względów słuszności” przemawiających za wypłatą świadczenia, to na nim spoczywa ciężar wykazania tych konkretnych okoliczności, które przemawiają przeciwko roszczeniu powoda i nie narusza to art. 6 k.c. w zw. z art. 764.3 § 1 k.c.

 

 

Na koniec jedno jeszcze wyjaśnienie. Wspomniany blog, chętni mogą znaleźć pod adresem „generali.work” Piszemy o naszych doświadczeniach nie w płaczliwej a raczej żartobliwej formie. Ku przestrodze jednych i wspomożeniu innych. Zgłaszają się do nas kolejne osoby więc powoli stajemy się również nieformalnym „centrum informacyjnym”.

Poza tym jak wiadomo w grupie raźniej, no i trudniej dla korporacji.

 

Tekst pochodzi sprzed kilku dni. W międzyczasie nabyliśmy pewności, że określenia „klapa” można użyć w szerszym kontekście.
Już wkrótce napiszemy o tym jak w gruncie rzeczy nieskuteczne były działania firmy, również w stosunku do menedżerów przechodzących na etat.

 

 

Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *